sobota, 1 lipca 2017

O ukraińskim hardcorze i reportażu w stylu gonzo oraz tym, dlaczego prawdziwych Słowian już nie ma, czyli spotkanie autorskie z Ziemowitem Szczerkiem

Piękny piątkowy wieczór w Monachium. Jadę na spotkanie autorskie z Ziemowitem Szczerkiem i podczytując ulubione fragmenty "Mordora..." zastanawiam się jakie będzie to spotkanie? Kim tak naprawdę okaże się być autor i na ile prawdziwego Szczerka mamy w jego twórczości, a na ile pisania pod publikę? Przecież styl gonzo zobowiązuje, czyż nie?

Druga kwestia, która mnie zastanawia, to niemiecka część publiczności. Tłumaczenie, nawet najlepsze, często nie oddaje klimatu książki czy wypowiedzi autora, a u Szczerka tyle specyficznych przyrównań, niuansów i językowych fajerwerków, że jakoś tak mimowalnie zaczynam mocniej zaciskać kciuki za organizatorkę/moderatorkę/tłumaczkę, a przy tym wspaniałą koleżankę, Agnieszkę Kowaluk. Tym bardziej, że temat drażliwy i - o czym miałam możliwość przekonać się już kilka dni wcześnie podczas projekcji "Wołynia" - odpowiedni dobór słów bywa naprawdę kluczowy w dyskusji na froncie  Polak - Niemiec - Ukrainiec.

Agnieszkę spotykam pierwszą. Jak zawsze promienna i uśmiechnięta wychyla się zza ogromnego bukietu kwiatów, ktory właśnie otrzymała, szybkie powitanie i już tylko miga róg sukienki, bo nadchodzą kolejni goście, natomiast na autora wpadam chwilę później przed wejściem do pobliskiego ogródka piwnego, gdzie ja szukam swoich znajomych, on zapewne chwili wytchnienia. Razem drepczemy na to spotkanie i już wiem, że nie będzie tam lania wody, przesłodzenia czy pozerstwa, bo i sam autor taki nie jest.

Od lewej: Agnieszka Kowluk, Ziemowit Szczerek i Helmut Becker (aktor, którego oczy bez przerwy się śmieją, a zarazem niemiecki "głos", który wręcz po mistrzowsku odczytywał fragmenty książki dla niemieckiej części publiczności )

"Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian". Książka od której spotkanie się rozpoczęło i na której zakończyło oraz tytuł za który autor otrzymał w 2013 Nagrodę Paszportu Polityki.

Jeśli chodzi o gatunek, to określiłabym go jako coś z pogranicza prozy i reportażu z domieszką ciętej riposty i wspomnianego już gonzo. Gonzo, to niejako słowo-klucz bez którego nie sposób pisać o tej książce, postawa przyjęta przez głównego bohatera (dodam, że dziennikarza podróżującego po Ukrainie), która stanowi klamrę spinającą te wszystkie słodko - gorzkie opowieści snute przez autora, które mimo lekko prześmiewczego charakteru są trudną lekcją historii dla Polaków, zwłaszcza tych jeżdżących z plecakami na Ukrainę w celu odnalezienia... no właśnie. Czego?

Ten, kto książkę czytał pobieżnie, odpowiedziałby pewnie z automatu: hardcoru. Ten, kto czytał uważnie: utraconych złudzeń. A prawda jest taka, że każdy z nich miałby rację, bo taka właśnie jest Ukraina widziana oczami Szczerka, który ją wzdłuż i wszerz przejechał - z jednej strony jest to smutne postsowieckie uniwersum z nieciekawymi widokami na przyszłość, gdzie coś już się skończyło, ale nowe jeszcze na dobre nie zaczęło, z drugiej jednak, miejsce powrotów, przyciągające Polaków niczym mityczna Atlantyda, tudzież tybetańska Shangri-la, bo utracone Kresy są obecnie tak idealizowane, że nabierają czasem równie nierealnych kształtów. Koniecznie zajrzyjcie do książki aby wgłębić się w ten temat.

Jednak chęć przeżycia powrotu do przeszłości to tylko jedna strona medalu. To, co uderza w tej książce równie mocno to fakt, iż istnieje naprawdę spora grupa ludzi, którzy jeżdżą na Ukrainę po prostu po to, aby na własnej skórze przekonać się, że gdzieś tam jest ktoś, kto ma gorzej od nas, upewnienić się, że nasz własny naród i nasza ojczyzna, choć również często marginalizowana na politycznej mapie Europy, jest jednak wyżej, dalej, po prostu bardziej. Inna sprawa, że nie tyczy się to tylko Polaków i nie tylko Ukrainy, ale że o nas jest ta książka, to i na naszym przykładzie autor snuje swoje spostrzeżenia, nie oszczędzając przy tym siebie i swoich osobistych pobudek.


Jest coś strasznego, a zarazem rozczulającego w tym jak pisze i mówi Szczerek. Z jednej strony niesie go tęsknota i widać w nim potrzebę ciągłego przemieszczania się i poszukiwania odpowiedzi na pytania, które sobie stawia, z drugiej jednak ma się wrażenie, że on sam nie ma już złudzeń co do tego, że obraz współczesnej Europy najlepszy nie jest. Powoli zanikają podziały, które znaliśmy wcześniej, a Słowianie jako tacy przestają egzystować. Migracja, nowa konstrukcja Europy przeistaczająca się w pewnych kwestiach w jej dekonstrukcję stawia nowe cele, a populistyczna wersja narodowści zmusza do bardziej krytycznego spojrzenia zarówno na miejsca z jakich pochodzimy, jak i te do których wyjeżdżamy. I to chyba był ten wątek spotkania, który ruszył publiczność najbardziej, bo jakby nie patrzeć, znaczną większość słuchaczy stanowiła właśnie Polonia.

Późny piątkowy wieczór w Monachium. Wracam ze spotkania z Ziemowitem Szczerkiem i teraz już myślę nie tyle o samej książce, bo na jej temat zostało powiedziane już niemalże wszystko, co  zastanawiam się nad tym, o co autor zapytał na koniec, kiedy już po części oficjalnej usiedliśmy w bardziej kameralnym gronie w tym samym ogródku, w którym minęliśmy się na początku. Kim są Polacy w Monachium? Jak żyje tutejsza Polonia? Czy na wzór Berlińczyków jesteśmy jeszcze zbyt blisko Polski aby odczuwać tęsknotę za krajem czy być może jesteśmy już na tyle daleko, że się bardziej integrujemy ze środowiskiem?  I dochodzę do wniosku, że odległość odległością, ale znacznie większą rolę odgrywa tu fakt, że całe moje pokolenie, a więc ludzie w wieku 30 +, jakkolwiek dobrze czy źle byśmy tu w Niemczech czy innym zakątku śwata nie żyli, mamy jeden wspólny mianownik - jesteśmy dziećmi PRLu, co w mniejszym lub większym stopniu odcisnęło na nas swoje piętno. I tak naprawdę my się staramy, ale dopiero nasze dzieci, urodzone już tutaj mogą mówić o prawdziwej integracji. My po prostu w ten czy inny sposób odnajdujemy się w nowej rzeczywistości, a czy - przyrównując do odniesień Szczerka - będzie to Mordor, kraina Saurona czy Elfów, zależy już tylko i wyłącznie do nas....


Dziękuję Agnieszko za to spotkanie! Jak zawsze, było doskonale.

sobota, 1 kwietnia 2017

"Jeździec miedziany" Paulina Simons

Kiedy chciałam sięgnąć po tę książkę po raz pierwszy, a więc kilkanaście lat temu, nie była ona już dostępna na rynku, bo wzbudziła taką falę entuzjazmu, że w sklepach rozeszła jak ciepłe bułeczki, a w bibliotekach trzeba było czekać na nią miesiącami. Później, kiedy dodruk został już zrobiony, moja chęć sięgnięcia po nią osłabła, bo pojawiło się tyle innych ciekawych tytułów, że ten po prostu zszedł na dalszy plan. Ostatnio jednak zainteresowanie powróciło, przeczytałam ją i wiecie co? Znacznie lepiej i dla mnie i dla tej ksiąki by było, gdybym jednak sięgnęła po nią mając na karku te kilkanaście lat mniej...

zdjęcie z portalu biblionetka.pl
 Opis z okładki:

Wybucha II wojna. Siedemnastoletnia Tatiana błyskawicznie staje się dorosła. Podczas blokady Leningradu jest podporą dla całej rodziny. Wielką miłością do Aleksandra, młodego oficera, nie ma kiedy się nacieszyć. Gdy chłopak, skrywający politycznie niebezpieczną tajemnicę, nagle znika, Tatiana jest w ciąży i udaje się w głąb Rosji, by odnaleźć ukochanego. Wspaniała historia uczucia, które pozwoliło przetrwać wojenny koszmar.

 Gdybym miała przedstawić graficznie uczucia towarzyszące mi podczas tej lektury, byłaby to wielka sinusoida. Początkowa irytacja główną bohaterką  i jej rodziną przerodza się w wielką ciekawość (pojawia się Aleksander), później następuje wzruszenie podczas śledzenia wojennych losów tych dwojga, a następnie  przychodzi faza ich pobytu na wsi i po prostu opada mi do ziemi wszystko, co tyko opaść może. Zakończenie książki co prawda nieco te wrażenie zaciera, niemniej skłamałabym twierdząc, że w moim odczuciu jest to wyjątkowo dobra książka. Dlaczego?

Po pierwsze, górnolotność myśli i patetyzm. Nie przysłaniają one co prawda całej fabuły, a stanowią jedynie tło, więc jak mniemam, nie każdemu też one będą przeszkadzać, niemniej mnie osobiście, wprawiały one w konfuzję. Pominę już nawet samą kwestię wielokrotnie cytowanego Puszkina, bo sądząc po tytule został on w pewien sposób patronem tej książki, więc należało mu się w niej zacne miejsce, ale wzniosłość niektórych przemyśleń, tudzież analiz naszych bohaterów nasuwała mi na myśl twórczość pana o inicjałach P. C. .

Być może jestem niesprawiedliwa, bo wiem, że  młodzieńcza miłość uskrzydla i dodaje głębi pewnym przemyśleniom, jednak po pierwszych kilkudziesięcu stronach miałam wrażenie, że Tatiana jest lekko nieogarniętą,no dobra... bardzo dziecinną i co tu dużo mówić egoistyczą siedemnastolatką, a już dwa, trzy tygodnie później padają z jej ust takie słowa, że zaczęłam się zastanawiać czy to naprawdę ta sama postać? Podobnież zadumałam się nad Aleksandrem, który to zdradził Tatianie po trzech dniach znajomości i trzech kilkunastominotowych rozmowach tajemnicę, której poza jedną osobą nie wyjawił nikomu innemu przez ponad dwadzieścia lat swojego życia, a która to z pewnością mogła kosztować go życie, zwłaszcza, że co rusz przypominał Tatianie, iż w komunistycznej Rosji nikomu ufać nie wolno i, że na każdym kroku jest się podsłuchiwanym.... Chciałabym, uwierzcie, że bym chciała wierzyć w takie rzeczy, ale jakoś nie mogę. A jak nie wierzę w fabułę, to klops.

Po drugie, miłość, która w tej książce naprawdę niejedno ma imię. Ogólnie rzecz ujmując, wątek uczuciowy był naprawdę ciekawy i do pewnego momentu ładnie poprowadzony. Z przyjemnością wróciłam do takiego nieco już staromodnego romansu, gdzie relacje ludzkie mają zupełnie inny wymiar, a przyzwoitość i honor ciągle są w cenie. Szczerze przyznaję, że z zapartym tchem śledziłam losy Tatiany i Aleksandra w okupowanym Leningradzie, ale z czasem zaczął mnie męczyć nawet nie tyle ten miłosny trójkąt, co rozterki, które wracały jak bumerang. Rozumiem, że sytuacja naszych bohaterów nie jest łatwa, co powoduje silne wewnętrzne rozdarcie, ale skoro przeanalizowali temat raz, drugi, piąty i dziesiąty, to czy trzeba wracać do niego po raz siedemnasty? I kiedy naprawdę myślałam, że wszystko już zostało tak dogłębnie wyjaśnione, że bardziej nie można i i jak już się tak mocno ucieszyłam, że w końcu każde wie na czym stoi, to cały czar prysnął jak bańka mydlana, kiedy sceneria zmieniła się z leningradzkiej na tę wiejską.

Ależ ja się początkowo cieszyłam z ich ponownego spotkania! Poleciała pełna wzruszenia łezka, jednak szybko zastąpił ją zgrzyt zębów, bo na miejsce zahartowanej dziewczny po przejściach powróciła rozemocjonowana i bardzo niedojrzała Tatiana z pierwszch kart książki. I kiedy w końcu te wszystkie buzujące emocje opadły, zaczęło się to, co po prostu przerosło mnie w tej książce. Erotyzm.... Erotyzm przez duże E. Przez duże E i przez prawie 150 kart książki. Tak jak lubię czytać ładnie opisane sceny miłosne, tak tutaj po pewnym czasie miałam wrażenie, że czytam nie tyle powieść dla pensjonarek, co siedmiotowe wydanie harlequina w jednym. I tak, ja wiem, pierwsza fascynacja i wielkie szaleństwo są wspaniałe i rządzą się swoimi prawami, ale kiedy po raz kolejny i kolejny i kolejny czytałam, że ona zaraz "eksploduje z rozkoszy", a on "już nad sobą nie panuje" i kiedy po raz czwarty jednego dnia (a dwudziestyczwarty raz z rzędu)  przechodziłam razem z nimi  przez ten akt, robiło mi się słabo. Autentycznie miałam wrażenie, że jest to jakieś zapętlenie.

Na całe szczęście, ostatnie rozdziały książki sprawiły, że na nowo uwierzyłam w autorkę. Ewidentnie lepiej jej wychodzi pisanie o naszych bohaterach w piekle wojny, niż poza nim, bo już nawet abstrahując od tej intymności (która jakkolwiek przestała być intymna), to po prostu te kilkaset stron opisujących życie Tatiany i Aleksandra poza Leningradem, tak naprawdę niewiele do książki wnoszą. Spokojnie można by to było skrócić o połowę i fabuła zupełnie by na tym nie ucierpiała. Z tym większą radością powitałam więc ich powrót do Leningradu, akcję i kolejny szalony rozwój wypadków, który doprowadził do ciekawego i zaskakującego finału, jednak przyznam, że mimo to, byłam po prostu szczęśliwa, kiedy skończyłam tę książkę i - nie bijcie - ale dwie poztałe części radośnie puściłam w świat w stanie nowym i nienaruszonym.

Cóż można rzec? Nie dla mnie ta książka i tyle. Nie twierdzę, że nie warto po nią sięgać, bo tak nie jest. Jestem bardziej niż pewna, że gdybym przeczytała tę historię jako nastolatka czy kobieta u progu dorosłości byłabym nią zachwycona, teraz jednak, kiedy mam nieco inny punkt widzenia, a za sobą kilkaset innych, w tym sporo o wiele lepszych książek, widzę tu naprawdę wiele niedociągnięć, razi mnie infantylność bohaterów i uważam, że historia ta niekoniecznie zasługuje na miano romansu wszechczasów.

sobota, 28 stycznia 2017

"Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk - Cieślak

O książce Natalii Fiedorczuk - Cieślak usłyszałam po raz pierwszy na youtubowym kanale "Barłóg Litercaki". Komentarz Karoliny Sulej mocno mnie wtedy zachęcił do lektury, a w momencie kiedy książka otrzymała "Paszport Polityki", wiedziałam, że po prostu muszę po nią sięgnąć. Zakupiłam, przeczytałam i... zastanawiam się o co tyle szumu?

Nie, nie jest to książka zła. Jest napisana dobrze, porusza ważną kwestię transformacji, jaką przechodzi kobieta zostająca matką, jednak przy tym wszystkim nie jest ona w żaden sposób odkrywcza, a już na pewno nie wybitna. Ale może od początku.

Autorka wzięła sobie na cel macierzyństwo, ale nie to opływające lukrem, które krzyczy do nas z okładek kolorowych gazet, ale to, które jest udziałem milionów kobiet na całej ziemi. Kobiet nie do końca przygotowanych na to co je czeka, żyjących w ciągłej niepewności, bo umowa śmieciowa, mieszkanie wynajęte, a partner nie rozumie co się stało z tą przebojową i spontaniczną kobietą, którą poślubił.

Znajdziemy tu więc całe spektrum myśli i emocji naszej bohaterki, Lucyny - począwszy od zmiany samopoczucia podczas ciąży, przez poród daleki od mistycyzmu, po depresję poporodową i chęć ucieczki od tego wszystkiego. Tytułowe centra handlowe stają się jej azylem, gdzie wtapia się w anonimowy tłum, snuje marzenia i choć przez chwilę czuje się kimś innym, niż tą wiecznie niedospaną, przemęczoną i rozeźloną kobietą.

I to jest właśnie coć, co trochę mnie we wszystkich tego typu historiach uwiera. Mam nieodparte wrażenie, że we współczesnej literaturze nie ma nic pomiędzy. Macierzyństwo jest przedstawiane albo jako kraina wiecznej szczęśliwości albo trauma. Zdaję sobie sprawę, że naprawdę wiele kobiet przechodzi to, co nasza bohaterka, niemniej ja akurat miałam wrażenie, że całościowo jest to i tak nieco przerysowane, jakby było zlepkiem wszystkiego, co w macierzyństwie najtrudniejsze, ze sporadyczną wstawką tego jak uśmiech dziecka cieszy czy jak za nim tęsknimy, kiedy wyjedziemy.

"Jak pokochać centra handlowe" to doprawdy dziwna książka. Gatunkowo gdzieś pomiędzy prozą, reportażem, a manifestem obnaża polską rzeczywistość, jednak ja w trakcie lektury miałam wrażenie, że wszystko to już było. Jak nie u Halber, to z pewnością u Chutnik, ze wstawkami, które spokojnie można by było podpiąć pod "Pokolenie Ikea". Choć czyta się ją naprawdę sprawnie, bo surowy i nieco ironiczny język sprawia, że przez książkę po prostu suniemy, to zastanawiam się czy naprawdę jest ona aż tak dobra, że zasługuje na "Paszport Polityki"? W moim odczuciu nie.

Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że nie warto po nią sięgnąć. Jest to głos bardzo potrzebny kobietom, które przeszły podobnie traumatyczne początki macierzyństwa, być może ojcom, którzy chcieliby lepiej zrozumieć swoje kobiety, a na pewno ważny głos w dyskusji na temat kondycji polskiego rodzicielstwa. Jednak jest też druga strona medalu. Tak popularny ostatnio nurt macierzyństwa non - fiction utrwala wizerunek kobiety głęboko nieszczęśliwej w macierzyństwie i choć takich osób też nie brakuje, to jednak znaczną większość stanowią kobiety, które po czasie odnajdują się w nowej roli i cieszą tym, co niesie ze sobą mały człowiek. Dlatego też lekturę polecam, ale sugeruję odrobnę dystansu, zwłaszcza tym, którzy o potomstwie dopiero myślą.

piątek, 27 stycznia 2017

"Matka Polka Feministka" Joanny Mielewczyk

Joasię poznałam we wrześniu 2015 roku. Wtedy jeszcze pracowała w radiowej Trójce, gdzie prowadziła dwie autorskie audycje: "Seks nasz powszedni" oraz "Matka Pola Feministka", wydawała swoją pierwszą książkę i przeprowadzała się do Monachium. O tamtym czasie i poprzedniej książce możecie poczytać TUTAJ, natomiast dziś chciałabym Wam opowiedzieć o najnowszym projekcie Matki Polki Feministki, jakim jest jej kolejna książka.

Fot. Miriola Dzik (mirioladzik.pl)
Projekcie, który kiełował już wtedy, ale który stanął pod znakiem zapytania wraz z zakończeniem współpracy z Polskim Radiem. Jednak pasja Asi wzięła górę i poprowadziła ją inną drogą, a wsparcie fanów pomogło osiągnąć cel. Jak sama mówi, cyt.: "(...) to, że książka wyszła, to praca zespołowa, bo stworzyła się grupa fajnych osób, które projekt wsparły. Także te, w Monachium". Nadal prowadzi więc swoje rozmowy, tyle że na innej platformie - TUTAJ, a dzięki kampanii Polak Potrafi (TU można prześledzić jak wyglądało to w przypadku autorki) szybko zostały uzbierane potrzebne fundusze na wydanie książki. Z czasem też została nawiązana współpraca z Wydawnictwem Czwarta Strona i tym sposobem książka już w lutym trafi do sprzedaży. 


Dzięki uprzejmości autorki, nie tylko miałam możliwość przeczytania jej przed premierą, ale również porozmawiania z Asią o plusach i minusach zaistniałej sytuacji, całym wydawniczym procesie, a także o bohaterach jej opowieści i emocjach, które temu towarzyszą. I powiem Wam jedno. Te Matkopolkowe audycje i książka, która powstała na ich podstawie to 100% Asi. To nie tylko zawód czy pasja, ale ona tym naprawdę żyje. Sposób w jaki opowiada o swoich rozmówcach, to jak się wzrusza wspominając poszczególne rozmowy, błysk w oku, kiedy snuje kolejne plany... To jest coś niesamowitego. Myślę, że jest to też wyraźnie odczuwalne na kartach tej książki.

Gdybym miała opisać jednym słowem książkę "Matka Polka Feministka", byłoby to słowo: emocje. Zalewające czytelnika od pierwszej strony, zaskakujące i równie często piękne, co i przytłaczające. Bo ta książka to kwintesencja szeroko pojętego rodzicielstwa ze wszystkimi jego cieniami i blaskami, choć w nieco innym wymiarze. Bo nie są to opowieści o trzecim przeziębieniu z rzędu czy buncie dwulatka. Nie, rozmówcy Asi musieli zmierzyć się z tematami znacznie trudniejszymi, takimi o których większość z nas woli myśleć w kategorii "jak dobrze, że mnie to nie dotyczy...".

Opowiadają więc Matki i Ojcowie, osoby, które czują wielkie spełnienie, ale i takie, które mają poczucie, że zupełnie nie sprawdzają się w roli rodzica. Poznajemy m. in. historię ojca walczącego o normalność w życiu nieuleczalnie chorej córki, kobiety, która stała się matką z pomocą in vitro, przez co jest piętnowana, mężczyzny, który przestaje się nim czuć, kiedy okazuje się, że jest bezpłodny, kobiecie, która przez cesarskie cięcia czuje, że zawiodła czy bólu rodziców po śmierci bardzo długo wyczekiwanego dziecka. Jest też o aborcji, samotnym czy późnym macierzyństwie, a nawet kobiecie, matce dwójki dzieci, która po latach odkrywa, że pragnie spędzić resztę życia nie ze swoim mężem, a z inną kobietą.

Każda z tych historii porusza inny aspekt życia, ale klamrą spinającą jest bez wątpienia bycie rodzicem. Autorka ma niesamowity dar prowadzenia rozmowy, który sprawia, że rozmówca otwiera się tak bardzo, że mówi o swoich nawet najbardziej intymnych przemyśleniach, niejednokrotnie takich, o których do tej pory nie wiedzieli nawet najbliźsi. Ale, co ważne, nie opowiadają oni tego w sposób patetyczny, nie żalą się na swój los i nie szukają pocieszania. Myślę, że tu chodzi bardziej o zrozumienie i o to, że dzieląc się swoimi historiami, chcą pokazać swój świat takim, jakim jest on naprawdę.

A jak się ma do tego wszystkiego feminizm? W rozumieniu autorki feminizm nie jest suchym hasłem wypisanym na tablicach z którymi maszerują na protestach brzydkie stare panny. On ma bardzo ludzką i niejednokrotnie piękną twarz, a status społeczny czy stan cywilny nie grają tutaj żadnej roli. I nie chodzi też o równouprawnienie w rozumieniu dosłownym. Raczej o równouprawnienie w decydowaniu o sobie, swoim ciele i życiu w zgodzie ze swoimi poglądami, co w przypadku kobiet, które chcą być lub są matkami nie jest łatwe, bo z każdej strony narażone są one na komentarze i ocenę innych. Jest to jedna strona feminizmu widzianego oczami Matki Polki Feministki. Drugą jest partnerstwo. Zdrowe, oparte nie na zasadach narzuconych odgórnie, a na takich, które odpowiadają obydwu stronom. W moim odczuciu, autorka bardziej oswaja niż propaguje to słowo, które samo w sobie nie zawiera nic niepokojącego, a jednak w przeciągu ostatnich lat nabrało strasznie pejoratywnego wydźwięku.

"Matkę Polę Feministkę" pochłania się w jeden wieczór, bo nie sposób się od tniej oderwać. Jednak jeżeli macie odrobinę więcej czasu, to polecam Wam mój sposób na zaznajomienie się z tą książką, mianowicie, naprzemienne słuchanie naszych bohaterów w trójkowych audycjach (w każdym rozdziale podane są informacje na temat tego kiedy pojawiła się dana audycja i jaki nosiła tytuł) oraz śledzenie w książce, jak potoczyły się ich dalsze losy. Co prawda autorka fantastycznie oddaje klimat swoich spotkań, ze wszystkimi jego zapachami i gestami, ale słuchanie tego jakim tonem i w jaki sposób bohaterowie książki mówili o swoich problemach na antenie, nadaje wszystkiemu jeszcze inny wymiar.

Reasumując, ja ze swojej strony serdecznie tę książkę polecam, bo jest to ten typ lektury, który zmusza nas do konfrontacji z samym sobą, oraz którego echo na długo zostaje w głowie.  Jest też świetnym przykładem na to, że mimo wszelkich różnic świaopoglądowych, o wszystkim można porozmawiać bez zadęcia czy wartościowania. Za to chylę przed autorką czoło.

Na koniec kilka informacji praktycznych. Książka będzie dostępna w sprzedaży od lutego. Odbędą się też spotkania autorskie. W Polsce wygląda to tak:


Natomiast w Monachium spotkanie będzie miało nieco inną formę, bo będzie częścią konferencji, organizowanej przez firmę JUSTA Consulting. Konferencja ta złożona jest z II części:  
I . Wystąpienie merytoryczne na temat wizerunku firmy w internecie i social media
II. Wieczór autorski z Joanną Mielewczyk.

Konferencja odbywa się 9 marca, w czwartek o godz.18:00 w Centrum Konferencyjnym Konsulatu RP w Monachium przy Prinzregentenstr.7. Koszt udziału wynosi 20 Euro, po konferencji następuje poczęstunek w postaci wina i polskiego ciasta, a zgłoszenia przyjmowane są pod adresem info@justaconsulting.de.