wtorek, 20 października 2015

"Marsjanin" Andy Weir

Choć fantastyka naukowa nie jest moim ulubionym gatunkiem, to odkąd tylko usłyszałam o "Marsjaninie", wiedziałam, że prędzej czy później po niego sięgnę. Ewidentnie mam słabość do historii o ludziach, którzy w pojedynkę muszą stawić czoła wielkiemu wyzwaniu, a im bardziej nietypowe jest to zadanie, tym chętniej się w książkę zagłębiam. Tak było  i tym razem.

Mark Watney jest jednym z członków sześcioosobowej załogi Ares 3, która jako pierwsza ląduje na Marsie. Jej zadaniem jest zbadanie terenu i zebranie próbek, jednak podczas jego wykonywania nadchodzi silna pisakowa burza, która zmusza astronautów do natychmiastowego odwrotu. Udaje się to wszystkim, poza Markiem, który to nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, zostaje trafiony jednym z elementów oderwanej satelity i porwany razem z wiatrem. Wszystkie wartości przekazane komputerowo z jego kombinezonu jednoznacznie wskazują na to, że Mark nie żyje, więc jego koledzy z ciężkim sercem zaprzestają poszukiwań i podejmują decyzję o wyruszeniu w drogę powrotną bez niego.  Jakież jest zdziwienie Marka, kiedy następnego dnia otwiera oczy i stwierdza a) że przeżył b) że został na Marsie zupełnie sam c) że wszyscy myślą, że nie żyje, a więc nikt nie będzie go ratował d) że nie ma szans na przetrwanie z takim zapasem wody i jedzenia jaki mu pozostał. Jednak zdziwi się ten kto myśli, że nasz bohater usiądzie i będzie płakał. Nie, on po pierwszej fali szoku postanawia, że nawet jak nie ma szans na przeżycie, to nie podda się bez walki i postanawia zrobić wszystko, aby przeżyć jak najdłużej. W tym momencie zaczyna się walka z czasem i prawdziwe oswajanie Czerwonej Planety!

Andy Weir napisał książkę niezwykłą i udowodnił, że o kosmosie można opowiedzieć ciekawie nie tylko w kontekście wielkich, patetycznych wypraw czy inwazji Obcych, ale odnosząc się do zwykłej woli przetrwania pojedynczej jednostki. Myślę, że właśnie dlatego odniósł tak wielki sukces, bo nie sili się na przedstawianie astronauty jako swego rodzaju nadczłowieka, za to daje nam Marka, który oprócz tego, że jest zdolnym biologiem, jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości. Wielokrotnie błądzi, do wszystkiego dochodzi metodą prób i błędów i robi to z humorem, niosąc jasny przekaz - przegrywa tylko ten, kto nawet nie próbuje wygrać. 

Historia całej wyprawy opowiadana jest z dwóch perspektyw. Obok prowadzącego swój marsjański dziennik Marka, występuje tu również narrator trzecioosobowy, który na bieżąco opowiada o tym, co się dzieje w siedzibie NASA czy też na statku załogi powracającej z Marsa. Zabieg bardzo udany, gdyż znacznie ułatwia czytelnikowi połączenie wszystkich wątków w jedną całość, jednak w tym miejscu należy dodać, że czasem otrzymujemy zbyt wiele informacji na raz. To samo tyczy się natłoku fachowych pojęć, które na pewno wyjaśniają co nieco fizykom czy inżynierom, ale zwykłemu zjadaczowi chleba, a zwłaszcza takiemu o umyśle humanistycznym już niekoniecznie. Tego jednak nie sposób uniknąć i myślę, że gdyby nie one, książka znacznie straciłaby na wiarygodności.

Na wielki plus za to, zaliczam autorowi  sporą dawkę humoru, ironii oraz dystansu do otaczającej nas rzeczywistości i to bez względu na to, czy znajdujemy się na ziemi czy na Marsie. To zawsze do mnie przemawia i sprawia, że połykam książkę jednym tchem, a w tym przypadku niczego nie zabrakło. Dodając do tego wartką akcję, ciągłe zaskoczenie i zakończenie, które czytałam ze ściśniętym sercem, otrzymujemy doskonałą lekturę na długie, jesienne wieczory.

Myślę, że warto również wspomnieć, iż książka Andy'ego Weira jest nie tylko pozycją ciekawą,  ale także ładnie wydaną i przyjazną czytelnikowi od strony technicznej. Format nieco większy, ale ciągle poręczny, wielkość czcionki, która nie męczy oczu, bardzo wyraźny podział na rozdziały i oddzielne wątki - to wszystko sprawia, że książkę czyta się szalenie przyjemnie nie tylko ze względu na treść, ale również na to, jak została złożona. Jedyne nad czym ubolewam to to, że ta piękna okładka ze zdjęcia powyżej została zastąpiona wersją filmową i z wielu stron słyszę, że są wielkie problemy z zakupem tej poprzedniej.

A skoro już przy filmie jesteśmy, to na koniec napiszę jeszcze kilka słów o filmowej adaptacji "Marsjanina", bo tę również miałam okazję obejrzeć podczas minionego weekendu.

Oczekiwania wobec tego filmu miałam bardzo duże i jeśli mam być szczera, to początkowo nie bardzo byłam zachwycona obsadzeniem Matta Damona w roli Marka Watnaya. Tak naprawdę oprócz cyklu o Bournie, jakoś nigdy do mnie nie przemówił jako aktor, jednak wgląda na to, że pan Damon jest niczym wino i im starszy, tym lepszy, bo w "Marsjaninie" był po prostu rewelacyjny! Jak dla mnie przeszedł samego siebie i jest to jedna z lepszych ról, jakie udało mu się zagrać.

Sama historia została dość wiernie odwzorowana i co ważne, obyło się bez dłużyzn i typowo amerykańskiego zadęcia. Efekty specjalne nie przytłaczały, dialogi bawiły (sądząc po reakcji ludzi w kinie, nie tylko mnie), a akcja cały czas trzymała w napięciu. Czego chcieć więcej? Jak dla mnie, Ridley Scott spisał się na medal.

Reasumując, ja ze swojej strony polecam zarówno książkę, jak i film. Bardzo rzadko zdarza mi się to mówić czy pisać, ale uważam, że i jedno i drugie trzyma ten sam, wysoki poziom.

A Wy? Czytaliście już tę książkę albo widzieliście film? Jak Wasze wrażenia?

5 komentarzy:

  1. Książki niestety jeszcze nie czytałam. Film oglądałam i bardzo mi się podobał. Drażniła mnie tylko czasami typowo amerykańska muzyka w tle. Czasami myślę, że Amerykanie mają taką sztancę, według której tworzą pełne patosu dźwięki. Poza tym nie miała, do czego się przyczepić, historia sprawnie z dużym poczuciem humoru opowiedziana. Pozdrawiam. Dana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, a ja nawet nie zwróciłam na to uwagi :) Chyba tak się bałam tych wszystkich flag czy "God bless America", które na ogół występują w takich filmach, że nie skupiłam się na muzyce :) Dzięki za odwiedziny!

      Usuń
  2. Czytałam tylko fragment (jakiejs pani w tramwaju przez ramię) ale styl pisania wydawał się całkiem dobry, więc zamierzam w przyszłosći sie za to zabrać ;)

    http://castleona-cloud.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Nominowałam Cię do Liebster Blog Award, więcej szczegółów tu:
    http://castleona-cloud.blogspot.com/2015/10/liebster-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
  4. A gdzie to znajduje się kino z takimi fotelami? (wyglądają na obłędnie wygodne, choć w rzeczywistości może być inaczej)

    Co zaś się książki tyczy, to też miałem okazję ją czytać i całkowicie się zgadzam z Twoją opinią. O "Marsjaninie" naprawdę ciężko powiedzieć cokolwiek złego :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!