poniedziałek, 14 grudnia 2015

Blogmas #14 --> "Matka ryżu" Rani Manicka


Jedynym przyjacielem zbieracza gniazd jest bambusowa tyczka. Nim zacznie się po niej wspinać, stuka lekko w bambus, a gdy ten smutno westchnie, natychmiast go porzuca. Jedynie wtedy, gdy bambus zaśpiewa, zbieracz gniazd ośmiela się podjąć wspinaczkę. Wuj powiedział, że moje serce jest moim bambusem – jeżeli będę je dobrze traktować i wsłucham się w jego pieśń, to wdrapię się najwyżej i zdobędę największe gniazdo.”*


Przyznam, że zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tej książce. Znalazłam ją w biblioteczce mamy i choć ani tytuł ani autorka nic mi nie mówiły, to okładka na tyle mnie zaciekawiła, że mimo piętrzących się książek w biblioteczce osobistej, postanowiłam po nią sięgnąć. I nie żałuję, bo saga ta wciągnęła i zauroczyła mnie bez reszty.

Tytułową Matką Ryżu, a więc ostoją rodziny, jest urodzona na Cejlonie i wychowana bez ojca, Lakszmi. Piękna i mądra dziewczyna jest oczkiem w głowie swojej matki. Ta, porzucona w młodości i pozostawiona bez środków do życia robi wszystko, aby zapewnić córce byt najlepszy z możliwych i omamiona wizją bogactwa jakie czeka córkę, wydaje dwunastoletnią Lakszmi za mąż za trzy razy od niej starszego Aię. Ten jednak nie tylko okazuje się nie być żadnym bogaczem, ale wręcz ubogim i średnio rozgarniętym urzędnikiem, co wychodzi na jaw dopiero kilka dni po ślubie, kiedy to Lakszmi przenosi się na Malaje (obecna Malezja) do domu męża.

Tak zaczyna się ta niesamowita, pełna zwrotów akcji opowieść, dzięki której poznajemy nie tylko historię samej Lakszmi, która w wieku 19 lat ma już szóstkę dzieci, ale i Malezji - zarówno tej w rozkwicie, jak i w ciężkich latach okupacji japońskiej.


Opowieść prowadzona jest od lat 30. XX wieku po współczesność. O początkach opowiada sama Lakszmi, z czasem jednak pojawiają się wspomnienia jej męża oraz dzieci, dzięki czemu historię rodziny śledzimy z różnych perspektyw, a co za tym idzie, odmiennych punktów widzenia. To wszystko nadaje całej historii głębi i pazura, zarazem.

Fabuła książki jest więc, jak można się domyślić, bardzo rozbudowana. Jak dla mnie taka mnogość wątków i bohaterów działają tylko na plus, więc jeżeli macie podobne upodobania, to z pewnością się na tej powieści nie zawiedziecie. Tym bardziej, że mimo niespiesznej narracji, nie odczujemy żadnych dłużyzn, ponieważ wielowymiarowość tej historii po prostu na to nie pozwala. W jednej chwili czytamy o pięknej i egzotycznej Malezji, aby chwilę później przenieść się w świat rozwianych młodzieńczych marzeń i poczuć siłę kobiety zdeterminowanej, której przyjdzie zmierzyć się z niejednym życiowym zakrętem.

Jeżeli chodzi o styl autorki, to w moim odczuciu jest on wprost czarujący i przez to nie sposób oderwać się od tej książki. Rani Manicka niesłychanie lekko snuje swoją opowieść, a pisze tak plastycznie, że mamy wrażenie, iż siedzimy tuż obok Lakszmi i podpatrujemy jej życie z bliska.

A skoro przy Lakszmi jesteśmy, to muszę wspomnieć, że choć wszyscy bohaterowie tej książki są na swój sposób ciekawi i wyraziści, to jednak właśnie Lakszmi robi największe wrażenie i wysuwa się na pierwszy plan. Nie tylko dlatego, że jest głową tej rodziny, ale przede wszystkim dlatego, że jest kobietą niezwykle silną, taką której nic nie złamie, dopóki musi chronić życie swoich najbliższych. Naprawdę z zapartym tchem śledziłam jej poczynania i jestem pełna podziwu dla autorki, że tak fantastycznie udało jej się nakreślić tę postać.

Reasumując, bardzo się cieszę, że sięgnęłam po tę książkę. Niebanalna opowieść z pięknym przesłaniem, która dostarcza rozrywki na dłużej niż jeden wieczór i na długo zapada w serce.

"Matka ryżu", Mani Ranicka, Świat książki, przekład Andrzej Grabowski, 2003, str. 9

2 komentarze:

  1. Przesłanie na pewno warte jest jej przeczytania. Chętnie się skuszę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam ją od lat na półce, chyba w końcu czas przeczytać...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!