poniedziałek, 29 lutego 2016

"Wielki Gatsby" F. Scott Fitzgerald - książka i film

"Wielki Gatsby" jest jedną z tych książek. do których naprawdę lubię wracać, bo za każdym razem odkrywam w niej coś nowego. Tak było i tym razem, więc z tym większą ciekawością postanowiłam obejrzeć również film na jej podstawie. Błąd!


Nowy Jork, lata 20-te. Czas prohibicji, wielkiego kryzysu, ale i najlepszy moment do zbijania fortuny na szemranych interesach. Tytułowy Gatsby właśnie w ten sposób dorabia się wielkich pieniędzy, jednak już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to dla niego cel sam w sobie i, że kryje się za tym coś więcej. Coś, a raczej ktoś, czyli  Daisy. Jego wielka, młodzieńcza i bardzo wyidealizowana miłość, która tak naprawdę okazuje się próżną i wygodną kobietą. Ich wzajemne relacje nie są jednak aż tak jednoznaczne, jakby się mogło wydawać, gdyż pod tym całym marzycielstwem Gatsby'ego i wyrachowaniem Daisy, kryje się drugie dno, w postaci wielkiego osamotnienia i chęci zmiany tego stanu rzeczy. Pytanie tylko, czy jest to chęć chwilowa czy taka, która poprowadzi ich przez resztę życia?

"Wielki Gatsby" zaliczany jest do klasyki literatury amerykańskiej i od lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Wcale mnie to nie dziwi, ponieważ ta niepozorna książeczka kryje w sobie bardzo dużo i naprawdę można ją interpretować na wiele różnych sposobów.

Ja, na przykład, kiedy czytałam ją po raz pierwszy (jako nastolatka), zachwycałam się cudowną opowieścią o nieszczęśliwej miłości, za drugim razem (na studiach) bardziej uderzyła mnie kwestia rozterek moralnych głównych bohaterów, natomiast teraz zafascynował mnie sposób w jaki autor pisze o  szeroko pojętych relacjach międzyludzkich. A relacje te, Fitzgerald przedstawia po mistrzowsku. Choć niektórym mogą się one wydać proste i schematyczne, to jednak bardziej uważny czytelnik z pewnością dostrzeże puszczane przez autora oko i wyłapie wiele niuansów.

Niestety, nie zrobił tego reżyser filmu, Baz Luhrmann, który to potraktował tę książkę bardzo dosłownie i nawet w najmniejszym stopniu nie oddał jej klimatu. Bo tak naprawdę to, co stanowi największą wartość tej powieści, to nie jest fabuła (ta, choć przemyślana i wyrazista, to jednak nie jest wybitna), ale uroczy styl, emocje i klasa z jaką pisze Fitzgerald. Niestety wszystko to zostało w filmie nawet nie tyle pominięte, co zdeptane, zakrzyczane i jeszcze obsypane kilogramami konfetti...

Jak dla mnie,"Wielki Gatsby" w wersji filmowej, najzwyczajniej w świecie, nie ma duszy. Owszem, jest on zrobiony z rozmachem, piękną choreografią i w super technologii, więc nie dziwię się, że wizualnie podoba się wielu ludziom, jednak w odniesieniu do książki Fitzgeralda, jest po prostu pretensjonalny, hałaśliwy i wyzuty z wszelkiej subtelności.

Przykłady? Proszę bardzo - począwszy od muzyki, gdzie zamiast seksownego jazzu lat 20-tych, słyszymy  "Bang Bang" Will.i.ama czy Fergie z numerem "A little Party never killed nobody", przez Daisy, która w książce jawi się jako intrygująca piękność, natomiast w filmie jest chyba najmniej atrakcyjną i nijaką kobietą ze wszystkich, na sposobie w jakim przedstawiony jest Nowy Jork, kończąc (film był kręcony w Australii, a wszystkie sceny z Nowym Jorkiem w tle, zostały obrobione komputerowo).

Nie znalazłam tu prawie nic z tego, co tak bardzo zauroczyło mnie w książce i tak naprawdę, jedyne, co w tym filmie było dla mnie godne uwagi, to Leonardo di Caprio w roli Gatsby'ego. Wycisnął on z tej roli 120% i sprawił, że chciało się obejrzeć tę produkcję do końca, bo na całą resztę już po trzydziestu minutach  patrzeć nie mogłam. Autentycznie miałam wrażenie, że to jakaś groteska, że ktoś sobie żartuje z tej książki, bo wyszedł z tego ni to dramat, ni to romans, ni musical... ot, taka mieszanka z poprzednich filmów reżysera, a więc "Romea i Julii" , "Australii" i "Moulin Rouge". Ten sam schemat, ta sama formuła plus jako nowość, zmarnowany potencjał.

Na koniec jeszcze dodam, że ja doskonale zdaję sobie sprawę, że reżyser ma prawo do własnej wizji i interpretacji oraz, że to adaptacja, a nie ekranizacja książki, więc  nie można oczekiwać zbyt wiele, jednak przyznam, że już dawno nie byłam aż tak rozczarowana jakimś filmem, jak właśnie "Gatsbym". Tak więc, o ile książkę Fitzgeralda uwielbiam i gorąco zachęcam do jej przeczytania, tak filmu polecać nie będę. Chyba, że dla popatrzenia na di Caprio piękne stroje ;)

Tyle z mojej strony na ten temat. Ciekawa jestem czy Wy czytaliście lub widzieliście "Wielkiego Gatsby'ego", a jeżeli tak, to jakie były wasze wrażenia? Koniecznie dajcie znać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za poświęcony mi czas!